Kalwaria Pacławska i Neapol – dwie odległe historie, jedno przesłanie. Co sprawia, że dziś tysiące Polaków modlą się do o. Wenantego i o. Dolindo?
Czasem Bóg mówi nie przez reformatorów, kaznodziejów i wizjonerów, ale przez ludzi, którzy żyją tak zwyczajnie, że trudno zauważyć, iż są święci. Do takich właśnie należą o. Wenanty Katarzyniec i o. Dolindo Ruotolo, kapłani, którzy nie zostawili po sobie spektakularnych dzieł, ale zostawili coś, czego dziś szukamy najbardziej: pokój serca. Kiedy w Kalwarii Pacławskiej ludzie modlą się przy prostym grobie franciszkanina, a w Neapolu stukają trzy razy w marmur, by „zapukać do Dolindo”, widać, że te dwie historie, choć oddalone o setki kilometrów, przecinają się w jednym punkcie. W punkcie zaufania.
Początek drogi Wenantego
Był rok 1889. W maleńkim Obydowie, w ówczesnej Galicji, w rodzinie Jana i Agnieszki Katarzyńców, urodził się chłopiec – Józef. Rodzice nie mieli majątku, mieli za to wiarę i nieprawdopodobne poczucie obowiązku. Ziemia była twarda, praca ciężka, ale w tym domu codziennie odmawiano Różaniec. W takim klimacie dojrzewało dziecko, które szybko zaczęto nazywać „małym księdzem”. Sąsiedzi wspominali, że gdy inne dzieci bawiły się, on ustawiał na stole kubek, przykrywał go serwetką i „odprawiał Mszę” dla swoich rówieśników. Gdy tylko nauczył się czytać, brał do ręki żywoty świętych i książki o św. Franciszku. Ten ostatni stanie się dla niego kimś więcej niż patronem – stanie się drogowskazem.
Pełna treść tego artykułu
w wersji drukowanej (zamów telefonicznie 34 369 43 51 lub mailowo kolportaz@niedziela.pl)
lub zamów e-wydanie.
