Święte pisanie

Zaufaj i rób, co trzeba

Justyna Jarosińska
Publicystka

Kalwaria Pacławska i Neapol – dwie odległe historie, jedno przesłanie. Co sprawia, że dziś tysiące Polaków modlą się do o. Wenantego i o. Dolindo?

Czasem Bóg mówi nie przez reformatorów, kaznodziejów i wizjonerów, ale przez ludzi, którzy żyją tak zwyczajnie, że trudno zauważyć, iż są święci. Do takich właśnie należą o. Wenanty Katarzyniec i o. Dolindo Ruotolo, kapłani, którzy nie zostawili po sobie spektakularnych dzieł, ale zostawili coś, czego dziś szukamy najbardziej: pokój serca. Kiedy w Kalwarii Pacławskiej ludzie modlą się przy prostym grobie franciszkanina, a w Neapolu stukają trzy razy w marmur, by „zapukać do Dolindo”, widać, że te dwie historie, choć oddalone o setki kilometrów, przecinają się w jednym punkcie. W punkcie zaufania.

Początek drogi Wenantego

Był rok 1889. W maleńkim Obydowie, w ówczesnej Galicji, w rodzinie Jana i Agnieszki Katarzyńców, urodził się chłopiec – Józef. Rodzice nie mieli majątku, mieli za to wiarę i nieprawdopodobne poczucie obowiązku. Ziemia była twarda, praca ciężka, ale w tym domu codziennie odmawiano Różaniec. W takim klimacie dojrzewało dziecko, które szybko zaczęto nazywać „małym księdzem”. Sąsiedzi wspominali, że gdy inne dzieci bawiły się, on ustawiał na stole kubek, przykrywał go serwetką i „odprawiał Mszę” dla swoich rówieśników. Gdy tylko nauczył się czytać, brał do ręki żywoty świętych i książki o św. Franciszku. Ten ostatni stanie się dla niego kimś więcej niż patronem – stanie się drogowskazem.

W wieku 15 lat Józef opuszcza rodzinny dom. Dostaje się do seminarium nauczycielskiego we Lwowie, w tamtych czasach to niemal cud dla syna ubogiego rolnika. W internacie ma tylko jedną parę butów, które nosi na zmianę z kolegą, a na śniadanie często popija wodę, bo nie ma pieniędzy na mleko. Mimo to nigdy się nie skarży. Codziennie uczestniczy we Mszy św., pomaga w kościele, a po nocach uczy się łaciny. Koledzy śmieją się z jego skrupulatności, ale on powtarza: „Jeśli coś robić, to dla Boga”. Już wtedy czuje powołanie zakonne. Pisze list do prowincjała Franciszkanów we Lwowie z prośbą o przyjęcie do zakonu. Odpowiedź jest odmowna: „Skończ szkołę, naucz się łaciny”. Czeka trzy lata. W czerwcu 1908 r., po zdaniu matury z wyróżnieniem, znów puka do furty klasztoru. Tym razem drzwi otwierają się szeroko. W zakonie przyjmuje imię Wenanty. Rozpoczyna się jego droga, o której można by powiedzieć – niewidzialna.

Nie szukał wielkich rzeczy. Kiedy inni dyskutowali o teologii, on naprawiał zamek w drzwiach. Gdy inni starali się o posady kaznodziejskie, on wolał sprzątać refektarz. Nie było w nim nic z duchowego celebryty. Był człowiekiem niesłychanie zdyscyplinowanym. Wstawał jako pierwszy, chodził spać ostatni. Jego uczniowie wspominali, że potrafił godzinami tłumaczyć łacinę, nigdy nie podnosząc głosu. Jednocześnie był surowy wobec siebie. Mawiał:

„Trzeba być świętym nie dlatego, że świat tego oczekuje, ale dlatego, że Bóg tego pragnie”.

Kapłan codziennych cudów

W 1914 r., w czasie gdy Europa pogrąża się w chaosie pierwszej wojny światowej, Wenanty przyjmuje święcenia kapłańskie w Krakowie. Ma 25 lat.

Wkrótce po tym zostaje wysłany do Czyszek koło Lwowa. Wioska biedna, ludzie prości, a proboszcz młody i nieznany. I właśnie tam dzieją się jego pierwsze „cuda”. Pomaga w pogrzebach, odwiedza chorych, godzinami spowiada. Kiedy ktoś przychodzi do niego z biedą, nigdy nikogo nie odsyła z pustymi rękami. Po roku zostaje powołany do klasztoru jako wychowawca nowicjuszy. Dla młodych franciszkanów staje się kimś w rodzaju duchowego ojca. Młody br. Maksymilian Kolbe, który właśnie zaczyna pisać o Niepokalanej, często rozmawia z nim wieczorami o Kościele i o tym, co znaczy prawdziwe oddanie Bogu. Po latach Kolbe wspomni:

„Gdyby nie Wenanty, nie byłoby Rycerstwa Niepokalanej”. W 1920 r. jego organizm odmawia posłuszeństwa. Gruźlica. Leczy się, ale choroba postępuje szybko.

Przeniesiony do Kalwarii Pacławskiej zamieszkuje w małej celi z widokiem na dzwonnicę. Zimą okna zamarzają od środka, a on pisze listy do współbraci, w których powtarza: „Nie bójcie się cierpienia. To najlepszy nauczyciel miłości”. Umiera 31 marca 1921 r. w opinii świętości. Ma zaledwie 31 lat. Zakon braci mniejszych wystawia mu prostą trumnę, a miejscowi chłopi przynoszą kwiaty i krzyże z pól. Współbracia wspominają, że w chwili śmierci jego twarz „rozjaśniła się jakby światłem”. To, co niezwykłe, zaczęło się dopiero potem. Święty Maksymilian Kolbe podejmuje starania o rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego o. Wenantego. Pisze: „Nie znam człowieka, który bardziej zasługiwałby na ołtarze”. Przez lata przy jego grobie modlą się pielgrzymi. Jedni dziękują, inni proszą. Z czasem na stronie wenanty.pl pojawiają się tysiące świadectw: o zdanych egzaminach, uzdrowieniach, o powrocie nadziei. W 2016 r. Stolica Apostolska uznaje heroiczność jego cnót. Od tego momentu tytułuje się go sługą Bożym Wenantym Katarzyńcem.

Mistyk z Neapolu

Jeśli Kalwaria Pacławska jest pełna ciszy, to Neapol, miasto o. Dolindo, tętni życiem, i hałasem. Na wąskich uliczkach słychać klaksony, zapach kawy miesza się z kadzidłem, a w sercu tej miejskiej plątaniny – w kościele San Giuseppe dei Vecchi e Immacolata di Lourdes spoczywa kapłan, który przez lata był milczący, oskarżany, zapomniany, dziś jednak jest uznawany za jednego z najbardziej znanych mistyków XX wieku.

Dolindo urodził się 6 października 1882 r. w Neapolu, w rodzinie biednej i rozbitej.

Ojciec, Raffaele, był urzędnikiem, człowiekiem surowym, wręcz brutalnym. Matka, Silvia Valle, miała w sobie łagodność i wiarę, które dla chłopca stały się pierwszą lekcją Boga. Włoskie źródła opisują, że ojciec bił dzieci, zamykał je w pokoju, głodził, a Dolindo, by przeżyć, modlił się w kącie, powtarzając imię Jezusa. Później w jednym z listów napisze: „W domu nie było miłości, więc musiałem nauczyć się jej od Boga”. Miał zaledwie 14 lat, gdy wstąpił do Szkoły Apostolskiej Księży Misjonarzy w Neapolu. Wyróżniał się nie siłą fizyczną, ale ogromną duchową wrażliwością. Kiedy jego rówieśnicy marzyli o podróżach, on marzył, by odprawić swoją pierwszą Mszę.

Kapłaństwo zaczęło się od krzyża

Święcenia kapłańskie przyjął 24 czerwca 1905 r. Miał 23 lata i był jednym z najmłodszych księży w diecezji. Pracował jako nauczyciel łaciny, muzyki i śpiewu gregoriańskiego, a w seminarium zyskał opinię człowieka o ogromnej wiedzy i jeszcze większej pokorze. Ten spokój nie trwał jednak długo. Już kilka lat po święceniach zaczęły się oskarżenia o „niesubordynację”, „nowatorskie poglądy” i „niezrozumiałe objawienia”. Dolindo miał wizje, które zapisywał w dziennikach duchowych. Pisał o słowach, które, jak wierzył, słyszał od Jezusa. Jednocześnie nie budował wokół siebie żadnej wspólnoty, nie szukał rozgłosu. Ale niektórzy uważali, że jego pisma są zbyt śmiałe. W 1921 r., po długim dochodzeniu, Święte Oficjum zawiesiło go w posłudze kapłańskiej. Przez kilkanaście lat nie wolno mu było odprawiać Mszy, głosić kazań ani spowiadać. Był kapłanem, ale bez ołtarza. „Kiedy Bóg mnie uciszył, nauczyłem się słuchać ciszy” – napisał w jednym z listów. To właśnie w tamtym czasie powstała modlitwa, którą dziś zna cały świat: „Jezu, Ty się tym zajmij”.

Dolindo napisał ją dla tych, którzy nie mieli już siły się modlić. Dla kobiet, które traciły dzieci. Dla mężczyzn, którzy tracili pracę. Dla ludzi, którzy czuli, że Bóg milczy.

Ojciec Dolindo przez całe życie zmagał się z bólem. W ostatnich latach był niemal całkowicie sparaliżowany. Choroba powoli odbierała mu siły, ale nie odebrała mu pogody ducha. Codziennie odmawiał Różaniec, pisał listy duchowe, przyjmował ludzi, którzy prosili o modlitwę. Niektórzy mówili, że wystarczyło spojrzeć w jego oczy, by poczuć spokój. Zmarł 19 listopada 1970 r. Miał 88 lat. Pogrzeb był cichy. Nie było hierarchów, nie było kamer. Było tylko kilku przyjaciół i jego słynne zdanie zapisane w notatkach: „Kiedy umrę, zapukajcie trzy razy w mój grób – odpowiem wam”. Dziś jego ciało spoczywa w Neapolu, w kościele San Giuseppe dei Vecchi. Codziennie przychodzą tam setki ludzi. Stukają trzy razy w marmur i modlą się słowami: „Jezu, Ty się tym zajmij”. Niektórzy teologowie zwracają uwagę, że wokół o. Dolindo narosło wiele mitów i półprawd. Przekazy ustne mieszają się z pobożnymi legendami. Proces beatyfikacyjny został oficjalnie otwarty w 1999 r w Neapolu. Świadectwa łask, uzdrowień, nawróceń napływają z całego świata, także z Polski.

Co łączy o. Wenantego i o. Dolindo?

Nie spotkali się nigdy. Dzieli ich tysiąc kilometrów i pół wieku historii. A jednak, gdy dziś ludzie w Polsce mówią: „Modlę się do Wenantego” albo: „Zawierzam Jezusowi przez Dolindo”, w ich słowach pobrzmiewa ten sam ton. Jakby obaj kapłani, choć z różnych światów, nauczyli nas tego samego: jak oddychać spokojem w niespokojnych czasach. Wenanty Katarzyniec żył zaledwie 31 lat, Dolindo – niemal 90. Jeden całe życie spędził w zakonnych murach, drugi w miejskim zgiełku Neapolu. A jednak ich duchowość można by streścić jednym słowem: ufność. Wenanty uczył, że świętość zaczyna się od wierności w drobiazgach. Nie w mistyce, ale w porządku codziennym: w punktualności, w cichości, w obowiązku, w czystości intencji. Dolindo mówił o tym samym, tylko innym językiem. Nie o porządku, ale o poddaniu się. „Jezu, Ty się tym zajmij” to w gruncie rzeczy ta sama lekcja: pozwól Bogu być Bogiem. Można więc powiedzieć, że jeśli Wenanty uczył, jak żyć dla Boga, to Dolindo – jak żyć w Bogu. Obaj przeszli przez ogień. Wenanty – przez chorobę, która w wieku 30 lat, gdy dopiero zaczynał rozkwitać jako wychowawca młodych zakonników, pozbawiła go sił, Dolindo – przez lata upokorzenia, zakaz odprawiania Mszy, podejrzenia o herezję, samotność. A jednak żaden z nich nie zamienił cierpienia w skargę. Nie łączy ich teologia ani struktura modlitwy, tylko doświadczenie utraty zdrowia, zaufania, pozycji, które przerodziło się w dojrzałą wiarę.

Świętość, która nie robi hałasu

Nie mieli swoich mediów, swoich fundacji, swoich wystąpień. Nie zabiegali o popularność, nie pisali dla poklasku. Ich słowa i czyny przetrwały, bo były prawdziwe.

Kiedy Wenanty zmarł, jego pogrzeb był cichy. Kiedy Dolindo umierał, w kościele nie było tłumów. A jednak po latach ich groby stały się miejscami pielgrzymek.

W Kalwarii Pacławskiej ludzie zostawiają karteczki z prośbami o zdrowie, spokój, zdane egzaminy. W Neapolu stukają w marmur trzy razy, wierząc, że Dolindo „odpowie”. Na pierwszy rzut oka wygląda to na dwa różne zjawiska: polski kult prostoty i włoski kult cudowności. A jednak w obu przypadkach chodzi o to samo: ludzie szukają Boga, który jest blisko. To nie przypadek, że ich imiona tak mocno wybrzmiewają właśnie w Polsce. Jesteśmy narodem, który od wieków nosi w sobie potrzebę zaufania, mimo historii, mimo strat. Wenanty mówił: „Rzeczy zwyczajne wykonuj w sposób nadzwyczajny”. Dolindo odpowiadał: „Jezu, Ty się tym zajmij”. Pierwszy pokazuje, jak żyć, drugi – jak wierzyć. To, co ich naprawdę łączy, to nie biografia, nie kraj i nie czas. Łączy ich duchowa odwaga. W świecie, który stawia na działanie, oni uczyli rezygnacji z kontroli. W świecie, który mierzy sukces liczbami, oni mówili: „Nie chodzi o to, by robić dużo, ale by kochać głęboko”. Ich popularność rośnie, bo przesłanie, które niosą, jest kontrkulturowe. Bo w epoce pośpiechu oni mówią: „Zatrzymaj się”. W epoce niepokoju: „Zaufaj”. W epoce krzyku: „Pomódl się w ciszy”. Gdyby jakimś cudem usiedli naprzeciw siebie, ten cichy franciszkanin z Kalwarii i zmęczony mistyk z Neapolu pewnie długo nic by nie mówili. Może tylko spojrzeliby na siebie z uśmiechem, a potem Dolindo wyszeptałby: „Jezu, Ty się tym zajmij”. A Wenanty powiedziałby spokojnie: „Zrób to dobrze, nawet jeśli nikt nie zauważy”.

Niedziela. Magazyn 11/2025

Dystrybucja

W wersji drukowanej
15 zł

koszt przesyłki zwykłej: 7 zł
koszt przesyłki za pobraniem: 15 zł

W parafiach
Telefonicznie: 34 369 43 51
Mailowo: kolportaz@niedziela.pl

Prenumerata roczna: 60 zł (przesyłka gratis)

W wersji elektronicznej
12 zł

Zamów e-wydanie

Archiwum