Na ogół rzadko zauważamy, jak wiele osób ma poglądy nie własne, ale cudze. Co gorsza, osoby te nie zauważają tego, są święcie przekonane, że ich poglądy są ich, i śmiertelnie obrażają się na powyższy zarzut.
Tymczasem we współczesnym marketingu politycznym wypracowano mechanizm zwany uczenie „wytwarzaniem przyzwolenia”. W języku angielskim nazywa się to manufacturing consent. Termin ten nie jest nowy. Używał go już w latach dwudziestych XX wieku dziennikarz amerykański Walter Lippmann, a później australijski psycholog społeczny Alex Carey i sławetny językoznawca Noam Chomsky, dowodząc, że współczesne dziennikarstwo jest coraz częściej propagandą oderwaną od informacji. W ostatnich latach termin „wytwarzanie przyzwolenia” nabrał jednak nowego znaczenia.
Najogólniej rzecz biorąc, chodzi o stworzenie wrażenia, że należy głosować nie według własnych poglądów, ale według poglądów, które mieć należy. Mistrzami tej metody byli dwaj spin doktorzy amerykańskiej Partii Demokratycznej – Ben Rhodes i David Axelrod, a szczególnym polem doświadczalnym tego mechanizmu była kampania prezydencka Baracka Obamy w 2008 r. Pamiętamy dobrze, jak sympatycznie brzmiały głosy poparcia dla niego – pierwszego czarnoskórego kandydata, a potem prezydenta USA. Powtarzano, że jego sukces jest rekompensatą za cierpienia czarnoskórych niewolników w USA. Argument moralny był nie do obalenia, mimo że Obama nie był w pełni czarnoskórym. Był i jest mulatem, synem czarnoskórego Kenijczyka i białej Amerykanki, wychowywanym zresztą przez pewien czas w Indonezji. W kampanii Obamy ważne stało się nie to, jakie rewolucyjne zmiany może przynieść jego urzędowanie w sferze ekonomicznej czy obyczajowej, ale to, że jest rzekomo czarnoskóry. Nieprzekonanym wyborcom wmówiono jednak skutecznie, że są osobami otwartymi, tolerancyjnymi i nowoczesnymi, że nie wypada głosować przeciw Murzynowi, bo pachnie to rasizmem.
Pełna treść tego artykułu
w wersji drukowanej (zamów telefonicznie 34 369 43 51 lub mailowo kolportaz@niedziela.pl)
lub zamów e-wydanie.
