Wydawałoby się, że nie ma nic dalszego od świętości niż władza. A jednak, w historii Kościoła pośród wielu tysięcy świętych i błogosławionych znalazło się także miejsce dla kilkudziesięciu udzielnych książąt i królów.
Być skutecznym władcą oznacza często, w potocznym przynajmniej mniemaniu, konieczność podejmowania decyzji, z którymi kłóci się chrześcijański kodeks moralny. Bo przecież trzeba prowadzić wojny, eliminować przeciwników politycznych, czasem nawet z własnej rodziny. W początkach chrześcijaństwa nikomu nie przyszłoby do głowy, żeby władcę ogłosić świętym. Zostawali nimi prawie wyłącznie męczennicy, w dodatku uświęcani z woli ludu, który spontanicznie oddawał im cześć i pielgrzymował do ich grobów. Uważano, że męczeństwo dla Chrystusa zmazuje wcześniejsze przewinienia i zapewnia natychmiastowe przyjęcie w niebie oraz możliwość czynienia cudów dla tych, którzy o to poproszą.
We wczesnym średniowieczu zaczęto cenić także ascezę i życie pustelnicze, co ograniczało siłą rzeczy krąg ewentualnych świętych do duchownych, przede wszystkim mnichów. Do pożądanych cech świętego stopniowo doszły także: pobożne i etyczne życie, miłosierdzie i hojność. Tych cech można było już u niektórych władców się dopatrzyć.
Zygmunt był pierwszy
Pełna treść tego artykułu
w wersji drukowanej (zamów telefonicznie 34 369 43 51 lub mailowo kolportaz@niedziela.pl)
lub zamów e-wydanie.
