Nad Hiroszimą 6 sierpnia 1945 r. rozegrało się jedno z najbardziej przełomowych i zarazem tragicznych wydarzeń XX wieku. Wśród jego świadków znalazła się grupa jezuitów, którzy przeżyli wybuch bomby atomowej. Czy ich ocalenie było cudem?
Zanim nad Hiroszimą „wyrósł” grzyb atomowy, wojna między Stanami Zjednoczonymi a Japonią trwała już czwarty rok i zdążyła zamienić Pacyfik w cmentarzysko. Każda kolejna bitwa oznaczała tysiące zabitych, zatopione okręty, wyspy zmienione w krwawe punkty oporu i miasta pełne popiołu, ciał i nędzy. Latem 1945 r. Japonia była już kolosem na glinianych nogach. Marynarka leżała na dnie, lotnictwo było wykrwawione, miasta płonęły od bomb zapalających. A jednak w Tokio wciąż nikt nie myślał o kapitulacji. Przeciwnie, koła wojskowe dążyły do obrony bez względu na koszt. Dla Waszyngtonu oznaczało to dylemat, który do dziś pozostaje jednym z najbardziej gorzkich rozdziałów XX wieku. Jak zakończyć wojnę szybciej: poprzez inwazję na Wyspy Japońskie, która mogła pochłonąć setki tysięcy, a może i miliony ofiar, czy przez użycie nowej broni, której skali nikt jeszcze nie poznał? Oczywiście, poza strategicznymi kalkulacjami jawiło się też w głowach amerykańskich wojskowych pragnienie, by ujrzeć działanie broni jądrowej w warunkach bojowych – pokusa, której trudno było się oprzeć. Tak narodziła się decyzja, która w kilku sekundach zmieniła historię i pokazała światu niszczycielską moc atomu. Decyzja ta wpłynęła także na losy grupki jezuitów z Nagasaki.
Miasto jezuitów
Obecność misjonarzy w XX-wiecznej Japonii nie była niczym nienormalnym. Po obaleniu szogunatu Japonia ponownie otworzyła się na świat, czego konsekwencją był powrót chrześcijan na wyspy. Szczególnie mocno działali w tym rejonie niemieccy jezuici, nie brakowało też innych zakonów i przedstawicieli innych narodowości. Po ataku jednak na Pearl Harbor i rozpoczęciu wojny na Pacyfiku sytuacja misjonarzy z państw alianckich w Japonii gwałtownie się pogorszyła. Znaleźli się oni pod obserwacją Tokko (Tokubetsu Koto Keisatsu), czyli odpowiednika policji politycznej – przez wielu porównywanego z gestapo czy NKWD. Misjonarze z paszportami z krajów alianckich nie od razu byli wydalani, wielu z nich jednak musiało opuścić Kraj Kwitnącej Wiśni. Już dzień po ataku w Hawajach policja polityczna aresztowała Hiszpana o. Pedra Arrupe, przełożonego misji jezuickiej w Japonii, podejrzewając go o szpiegostwo – po kilku tygodniach władze wypuściły go, uznając, że nie stanowi zagrożenia. Na tym tle w znacznie lepszym położeniu byli misjonarze z Niemiec czy Włoch. Po podpisaniu Paktu Trzech byli traktowani jako obywatele państwa sojuszniczego. Dawało im to pewną przestrzeń do dalszego działania, choć i tak byli poddani obserwacji Tokko.
Pod koniec wojny Hiroszima stała się swoistym jezuickim azylem w Kraju Kwitnącej Wiśni. W związku z amerykańskimi planami zrzucenia bomby na Wyspy Japońskie Amerykanie świadomie oszczędzali Hiroszimę – chcieli mieć na liście celów miasto duże i niezniszczone przez wcześniejsze bombardowania, by dało się na nim zaobserwować pełne skutki działania broni jądrowej. Hiroszima uniknęła więc nalotów dywanowych, które wcześniej zmiotły z powierzchni ziemi połowę takich miast, jak Tokio, Jokohama czy Kobe. Z tego powodu właśnie tu schronienie znalazło wielu jezuitów do tej pory działających w Tokio. Większość zatrzymała się w nowicjacie w Nagatsuce, na obrzeżach miasta, inni – jak o. Wilhelm Kleinsorge – trafili do Parafii Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w dzielnicy Nobori-cho usytuowanej w centrum miasta. Ojciec Kleinsorge zamieszkał tu z o. Hugonem Lassalle, o. Hubertem Cieślikiem, o. Hubertem Schifferem oraz japońskimi współpracownikami misji: studentem teologii Takemoto, sekretarzem Fukai i gospodynią – p. Murata. Wszyscy przebywali pamiętnego poranka 6 sierpnia w pomieszczeniach budynku parafialnego.
Rekonstrukcja wydarzeń
O godz. 8.15 załoga bombowca Boeing B-29 „Enola Gay” zrzuciła na Hiroszimę jedną tylko bombę, pieszczotliwie nazwaną Little Boy (ang. Mały Chłopiec), zawierającą 64,1 kg uranu. Wybuch nastąpił na wysokości ok. 580 m nad miastem, co miało spotęgować skalę zniszczenia. Ojciec Schiffer, jeden z jezuitów, którzy przeżyli eksplozję, wspominał po latach, że przez ułamek sekundy miał wrażenie, jakby powietrze zamieniło się w płynny ogień. Zaraz potem przyszła fala uderzeniowa. Szkło eksplodowało do środka. Belki zatrzeszczały. Ściany zachwiały się niczym kartonowe dekoracje, ale się nie przewróciły. Ludzie znajdujący się w odległości do 500 m od hipocentrum po prostu wyparowali. Na murach pozostały ich cienie. Ulice zamieniły się w korytarze ognia. Ci, którzy przeżyli pierwsze sekundy (wraz z odległością od hipocentrum szanse na przeżycie wzrastały, w odległości powyżej 2000 m wynosiły między 70% a 90%), biegli z oderwaną skórą zwisającą z ramion jak mokre szmaty. Woda w kanałach zaczęła wrzeć. Miasto, które jeszcze chwilę wcześniej żyło własnym rytmem, stało się jednym gigantycznym krematorium.
Ojciec Schiffer został ranny za uchem odłamkami szkła. Krew spływała mu po szyi, lecz żył. Ojciec Lassalle był oszołomiony siłą wybuchu. Ojcowie Kleinsorge i Cieślik niemal w ogóle nie odnieśli ran. Przez kilka minut nie rozumieli nawet, co się wydarzyło. Myśleli, że eksplodował skład amunicji albo że nastąpiło potężne bombardowanie konwencjonalne. Dopiero kiedy wyszli na zewnątrz, zobaczyli krajobraz przypominający koniec świata. Nad miastem unosił się grzyb atomowy.
W relacjach świadków powraca jeden szczegół: cisza po eksplozji. Tylko jęki rannych i szelest płonącego miasta. Ojciec Schiffer napisał później, że widział ludzi idących bez celu, z oczami zamglonymi szokiem, jakby utracili nie tylko domy, ale i świadomość rzeczywistości. Ocaleni jezuici rozpoczęli akcję ratunkową niemal natychmiast. Wynosili rannych, opatrywali poparzonych, podawali wodę konającym. Ojciec Schiffer, mimo własnych obrażeń, pomagał wydobywać ludzi spod zawalonych konstrukcji. Inni zakonnicy przybyli później z nowicjatu położonego na obrzeżach miasta. Wśród nich byli m.in. o. Helmut Erlinghagen, o. Klaus Luhmer i o. Johannes Siemes. To oni odnaleźli współbraci i przewieźli ich do Nagatsuki. Z relacji wynika, że już tego samego dnia Nagatsuka stała się czymś w rodzaju polowego szpitala zorganizowanego naprędce przez rektora o. Pedra Arrupe, który przed wstąpieniem do zakonu studiował medycynę – ratunek znalazło tu ponad stu rannych Japończyków.
Cud czy przypadek?
Po wojnie historia jezuitów z Hiroszimy zainteresowała zarówno lekarzy, publicystów, jak i historyków. Ich przeżycie nie było samo w sobie zaskakujące – znajdowali się ok. 1200 m od hipocentrum, a budynek, w którym przebywali, był solidną konstrukcją żelbetową, zaprojektowaną z myślą o odporności na trzęsienia ziemi – o co w latach 30. XX wieku zadbał architekt i jezuita o. Ignaz Gropper. Największe zainteresowanie wzbudził jednak fakt, że mimo bliskości eksplozji nie wykazywali typowych objawów ostrej choroby popromiennej. Seria badań przeprowadzonych w kolejnych latach nie potwierdziła u nich przewlekłych skutków napromieniowania w stopniu przewidywanym przez naukowców. Ojciec Schiffer zmarł w 1982 r. (67 lat), o. Kleinsorge – w 1977 r. (71 lat), o. Cieślik – w 1998 r. (84 lata), a o. Lassalle – w 1990 r. (92 lata). Żaden z nich nie zmarł z przyczyn bezpośrednio związanych z chorobą popromienną.
Historia ich ocalenia pozostaje jednym z najbardziej niezwykłych epizodów związanych z Hiroszimą – zarówno dla badaczy, historyków medycyny, jak i dla pamięci Kościoła. Sami jezuici interpretowali swoje przetrwanie w kategoriach duchowych, wskazując na modlitwę różańcową i przesłanie fatimskie jako źródło duchowego oparcia w doświadczeniu zagłady. W tej interpretacji znajduje się wiele prawdy, gdyż badacze zajmujący się przypadkiem czterech jezuitów nie znaleźli racjonalnego uzasadnienia dla tego, jak ojcowie uchronili się przed skutkami śmiercionośnego promieniowania.
