Czy duchowni sprzeciwiali się reformom Sejmu Wielkiego? Którzy przedstawiciele Kościoła byli za targowicą, a którzy wystąpili przeciwko niej?
Czasy agonii I Rzeczypospolitej były dramatycznym wyzwaniem dla ówczesnej elity politycznej państwa, której ważną częścią było duchowieństwo. Mimo presji złożonej rzeczywistości politycznej potrafiła im sprostać zdecydowanie większa część ówczesnego Kościoła, angażując się w dzieło ratowania Polski. Pęknięcia na tym obrazie pojawiły się rok po uchwaleniu Ustawy Rządowej, kiedy przyszło jej bronić wobec Rosji i jej agentury – konfederacji targowickiej.
Po właściwej stronie
Dzieło Sejmu Wielkiego nie tylko miało wsparcie duchowieństwa, ale w dużej mierze było przezeń przygotowane – z powodu jego wiodącej roli w przeprowadzeniu reformy oświaty oraz udziału w debacie publicznej na temat wad ustrojowych państwa. Symbolem udziału elit duchownych w wielkim projekcie ratowania państwa byli ks. Stanisław Konarski, ks. Grzegorz Piramowicz, bp Ignacy Krasicki, bp Adam Naruszewicz, ks. Stanisław Staszic, a zwłaszcza podkanclerzy ks. Hugo Kołłątaj, inicjator powstania ważnego środowiska wybitnych publicystów, zwanego Kuźnicą Kołłątajowską, współautor tekstu konstytucji i jeden z głównych sprawców jej uchwalenia 3 maja. Większość – tj. pięciu na sześciu – biskupów obecnych 3 maja w sali obrad na Zamku Królewskim w Warszawie poparło Ustawę Rządową, a później odbierało jej zaprzysiężenie. Znane są listy pasterskie siedmiu biskupów, odczytywane z ambon w kościołach, wspierające reformę państwa, utrzymane w duchu dziękczynienia Bogu za konstytucję. To dzięki wsparciu Kościoła w atmosferze ogólnonarodowej euforii konstytucję poparły sejmiki, a w parafiach organizowano nabożeństwa dziękczynne.
Rok po tych wydarzeniach sytuacja uległa jednak dramatycznej zmianie. Osamotniona Polska, zdradzona przez pruskiego sojusznika, stanęła wobec perspektywy brutalnej interwencji Rosji, dla której reformy Sejmu Wielkiego oznaczały kres rosyjskiego protektoratu. W tej sytuacji Petersburg sięgnął po znane sobie narzędzie. Wykorzystał nieliczną, ale wpływową opozycję antykonstytucyjną w Polsce, by zyskać wygodne narzędzie politycznej kontroli. W taki sposób powstała w Petersburgu 27 kwietnia 1792 r. konfederacja targowicka, która zaprosiła Rosję do interwencji w obronie rzekomo zagrożonej wolności. Nad Polską zawisła groźba wkroczenia wojsk rosyjskich, która w tej sytuacji oznaczała wojnę.
Demonstracją gotowości obrony dzieła Sejmu Wielkiego były uroczystości związane z pierwszą rocznicą uchwalenia Ustawy Rządowej, które odbyły się 2 maja 1792 r. w kościele Świętego Krzyża w stolicy oraz w Ujazdowie, miejscu wyznaczonym na budowę Świątyni Opatrzności Bożej jako wotum za dzieło reformy państwa. Dużą rolę odegrali uczestniczący w nich księża biskupi. Wśród nich był biskup łucki, długoletni bliski współpracownik króla Adam Naruszewicz, który zanim objął urząd, pobierał pensję od Katarzyny w formie mecenatu carycy jako literat i uczony.
Tymczasem w połowie maja wojska rosyjskie wkroczyły do Polski. Przyjęta przez króla strategia walki „raczej piórem niż orężem”, obliczona na kompromis z najeźdźcą, oznaczała przyjęcie defensywnej taktyki na polu walki oraz de facto otwarcie drogi do politycznej kapitulacji przed Rosją.
Między realizmem a kapitulacją
Zbliżanie się wojsk rosyjskich do stolicy zrodziło poważne napięcie, które spolaryzowało polityczne postawy ówczesnych elit przywódczych. Obok zwolenników trwania w oporze zrodziła się opcja szukania kompromisu z Katarzyną II, mogącego, jak sądzono, ocalić kraj przed kolejnym rozbiorem, który słusznie uznawano za katastrofę. W takiej atmosferze król, wsparty decyzją kilkunastu swoich najbliższych współpracowników, wyrażoną w głosowaniu, podjął 23 lipca decyzje o przystąpieniu do konfederacji targowickiej, co de facto oznaczało kapitulację – militarną i polityczną. Część elity duchowieństwa miała także udział w tym dramatycznym wydarzeniu i jego skutkach.
Wśród grona założycieli konfederacji nie było wprawdzie żadnego przedstawiciela ówczesnego episkopatu, ale we wspomnianym głosowaniu decyzję króla wsparli prymas Michał Jerzy Poniatowski, mający poważny wpływ na brata, a także ks. Hugo Kołłątaj. Pierwszy, trafnie oceniający wiarołomna postawę Prus, był przekonany, że jedyną nadzieją na przetrwanie państwa był powrót do jakiejś formy współpracy z Rosją. Dlatego w czasie narady użył argumentu, który był głównym założeniem strategii króla w tym dramatyczny momencie: „(...) gdy nie można już konstytucji, trzeba kraj ratować”. Przejęty lękiem przed rewolucją, której odgłosy dobiegały coraz głośniej znad Sekwany, popierał reformę państwa, ale daleki był od jakiegokolwiek radykalizmu. I choć w środowiskach patriotycznych, antyrosyjskich, miał opinię zdrajcy chodzącego na pasku Rosji, nie pobierał od niej pensji ani nie podpisał formalnego akcesu do Targowicy, z którą wiele go różniło. Dlatego nie złożył wymaganej przez jej przywódców przysięgi, za co zapłacił utratą stanowiska prezesa KEN.
Ksiądz Kołłątaj, który w czasie obrad sejmu nazywał antykonstytucyjną opozycję „partią moskiewską”, w pierwszych tygodniach po powstaniu konfederacji angażował się, zgodnie ze strategią obraną przez króla, w przygotowanie negocjacji z dworem petersburskim, ignorując rolę targowiczan. Kiedy jednak sytuacja zaczęła się komplikować, a presja zewnętrzna rosła, nie tylko zaczął myśleć o kompromisie z Rosją, który zapobiegł by katastrofie kolejnego rozbioru, ale równolegle planował już zapewnienie sobie „odwrotu” na wypadek zwycięstwa konfederackich rokoszan. Dlatego próbował na własną rękę kontaktów ze Szczęsnym Potockim, niestety dla niego – druga strona odrzuciła tę ofertę, gdyż widziała w nim symbol „polskiego jakobinizmu”. W tym kontekście nie dziwi fakt, że podkanclerzy na wspomnianej naradzie miał przynaglać króla słowami: „Dziś jeszcze, Miłościwy Panie, przystąpić potrzeba do konfederacji targowickiej, nie jutro; każdy moment jest drogi, bo krew go Polaków oblewa”. Tym głosem ks. Kołłątaj przechylił większość na stronę królewską, a zważywszy na rolę, jaką odgrywał dotychczas, oraz wpływ na postawę monarchy, decyzja ta była brzemienna w skutki. Oportunistyczne motywy decyzji podkanclerzego miał potwierdzać fakt, że już następnej nocy spakował się błyskawicznie i opuścił stolicę w towarzystwie swojego brata, decydując się na wyjazd z kraju.
Bolesne pęknięcie
Akces króla do konfederacji pogłębił polaryzację wśród części biskupów, którzy będąc senatorami, ponosili szczególną odpowiedzialność przed narodem. Do konfederacji przystąpili trzej ordynariusze: inflancki – Józef Kossakowski, wileński – Ignacy Massalski i lubelski – Wojciech Skarszewski. W przypadku pierwszego, który był już od kilku lat „jurgieltnikiem”, czyli pobierał stałą pensję od rosyjskiego ambasadora, istotnym motywem akcesji, obok niepohamowanej chciwości i żądzy kariery, był fakt, że to samo uczynił jego brat Szymon, samozwańczy hetman polny litewski, który zapewnił bratu udział w faktycznej wszechwładzy nad Litwą. A jeszcze kilka miesięcy wcześniej bp Kossakowski pisał w liście do króla o konieczności poszanowania praw uchwalonych w czasie Sejmu Czteroletniego: „(...) nic nie masz w tym czasie więcej potrzebnego dla kraju jak jedność w poszanowaniu ustaw rządowych”. Z kolei bp Massalski, wcześniej prezes KEN, oskarżany o nadużycia finansowe, skorumpowany przez Rosję, już w czasie sejmu zdradzał oznaki sceptycyzmu wobec jego uchwał. Naczelnym kapelanem targowicy został natomiast Michał Roman Sierakowski, wówczas sufragan przemyski, później mianowany za swoje zasługi przez Katarzynę II biskupem w świeżo utworzonej przez nią diecezji latyczowskiej. Targowiczanie widzieli w nim kandydata na posła, czyli ambasadora w Rzymie.
Kiedy targowiczanie w cieniu rosyjskich wojsk zaczęli narzucać swoją władzę, wzmogła się ich presja na duchowieństwo. Oczekiwano od biskupów, by zabraniali swoim księżom wyrażania pochwał dla twórców konstytucji, zakazywano także przemycania w pismach religijnych i w nauczaniu szkolnym wątków patriotycznych oraz aktywnego zaangażowania w nabożeństwach, których celem było obalenie konstytucji i przywrócenie dawnego porządku. Zarzucano przy tym duchownym sprzeniewierzenie się roli pasterzy i wchodzenie w role „buntowników”. Domagano się także od duchowieństwa, by donosiło o dostrzeżonych „przeciw spokojności publicznej wykroczeniach”. Większość duchownych przyjęła postawę bierności wobec tych oczekiwań, a wydawanie przez uzurpatorów coraz ostrzejszych uniwersałów świadczy o tym, że księża nie podporządkowali się ich zarządzeniom. Z czasem pojawiły się jednak w episkopacie oznaki wymuszonej uległości. Niektórzy biskupi wydali na żądanie targowicy listy pasterskie do duchowieństwa i wiernych, wzywające do zachowania spokoju. Biskup Naruszewicz, powodowany prawdopodobnie lojalnością wobec monarchy, zgłosił akces do targowicy, uchylając się jednak od sprawowania w jej imieniu jakiejkolwiek funkcji publicznej. Aktywnie zaangażował się po stronie targowicy bp Kossakowski, który pisał listy sławiące Szczęsnego Potockiego.
W tym trudnym momencie, gdy zbliżało się widmo rozbioru, a targowiczanie brutalnie rozprawiali się ze swoimi przeciwnikami, znaleźli się duchowni, którzy w otwarty sposób odrzucali kapitulację i mobilizowali do oporu, jak ks. Piotr Świtkowski, redaktor Pamiętnika Historyczno-Polityczno-Ekonomicznego.
Dramatyczny epilog
Grupa duchownych, która wsparła targowicę, dość szybko doświadczyła skutków uwikłania w cyniczne zło polityki dworu carskiego. Kilka miesięcy po dokonaniu kolejnego rozbioru Polski, który był szokiem także dla targowiczan, środowisko to okazało się totalnym bankrutem politycznym i moralnym. Katarzyna II bowiem uznała, że rokoszanie spełnili swoje zadanie, i postanowiła we wrześniu 1793 r. rozwiązać konfederację.
Los duchownych współpracujących ze zdrajcami lub choćby tych, którzy byli z nimi kojarzeni, okazał się w nowych warunkach bardzo niepewny, tym bardziej że wiosną 1794 r. wybuchnie insurekcja kościuszkowska, która doprowadzi do erupcji nagromadzonych wcześniej złych emocji wobec osób uznawanych za zdrajców.
Prymas Poniatowski umierał w czasie insurekcji w niesławie, otoczony atmosferą wrogości warszawskiej ulicy, w oparach plotki o tchórzliwej śmieci samobójczej, choć mimo nacisków nie wziął udziału w haniebnym sejmie grodzieńskim, zatwierdzającym II rozbiór Polski, a w czasie powstania udzielał mu wsparcia, prawdopodobnie jako konserwatysta, nie do końca szczerze. Biskupi Kossakowski i Massalski zostali powieszeni w stolicy, w czasie publicznej egzekucji, jako zdrajcy i w takiej roli przeszli do historii. Pierwszy stanął przed sądem, który wydawał wyroki pod presją warszawskiej ulicy, drugiego bez sądu wywleczono z więzienia. Z kolei bp Skarszewski został skazany na śmierć nieco później, ale po interwencji nuncjusza, który ostrzegał, że ta egzekucja wywoła wrażenie antykościelnej rewolucji, ułaskawił go sam Tadeusz Kościuszko, zamieniając mu karę śmierci na dożywotnie więzienie.
Kiedy patrzymy na obraz Kościoła w tym trudnym i przełomowym dla kraju momencie, widzimy, z jak wielkimi wyzwaniami musiał się on mierzyć. A przecież biskupi jako senatorowie przez dekady oddychali atmosferą zatrutą patologiami ówczesnego życia politycznego, które, jak się okazało, nie ominęły także niektórych z nich. Z jednej strony trudno sobie wyobrazić powstanie i próbę obrony dzieła Sejmu Wielkiego bez udziału Kościoła, w tym szeregowego duchowieństwa z prowincji, z drugiej jednak trzeba stwierdzić, że nie wszyscy hierarchowie potrafili wziąć na siebie dojrzałą odpowiedzialność za kraj, a skala wyzwań brutalnie odsłoniła ludzkie słabości wielu bohaterów tego dramatu. Bo przecież problem ten dotyczył większej części ówczesnej świeckiej elity państwa, która nie potrafiła w tych skrajnie trudnych warunkach obronić ani dzieła Sejmu Wielkiego, ani kraju. Wszystko to tworzy obraz złożony, w którym nie brakuje bolesnych rozczarowań, ale mimo to z pewnością daleki od jednoznaczności i łatwych uogólnień.
