Czarownice i stosy w powszechnej świadomości kojarzą się z najczarniejszą kartą dziejów Kościoła, zwłaszcza z inkwizycją, a dla tropicieli patologii w jego historii stanowią odrażającą ilustrację ciemnoty i nietolerancji jego elit oraz potwierdzenie ich wręcz genetycznej skłonności do stosowania przemocy w sprawach wiary.
W kontekście naszej historii problem nabiera szczególnego wymiaru z powodu opinii Polski jako „kraju bez stosów”, w którym przez wieki znajdowali schronienie wyznawcy różnych prześladowanych w Europie religii. Czarownice, czyli kobiety, które jak wierzono, obdarzone były przez diabła, zwanego czartem, mocą rzucania uroków i czarów szkodzących ludziom, rozpalały wyobraźnię religijną ludzi wierzących od średniowiecza. W społeczeństwie, w którym problem realności zła był fundamentalny, a horyzonty duchowe skupione były przede wszystkim na zbawieniu i życiu wiecznym, wszelkie herezje i magia postrzegane były powszechnie jako śmiertelne niebezpieczeństwo w walce o ludzkie dusze. Dlatego ściganie ich najpierw przez władzę świecką, a później przez Kościół uważano za potrzebne, a nawet konieczne. Pandemie, klęski głodu i wojny tworzyły dodatkowo podatny grunt dla rzucania oskarżeń o czary, by wskazać winnych nieszczęścia. W takiej atmosferze inkwizycja kościelna musiała często bronić przed furią rozgorączkowanego tłumu przypuszczalnych sprawców, w tym domniemane czarownice.
Wiara w czary w polskiej wyobraźni religijnej
Pełna treść tego artykułu
w wersji drukowanej (zamów telefonicznie 34 369 43 51 lub mailowo kolportaz@niedziela.pl)
lub zamów e-wydanie.
